8 lip 2015

Małe opowieści część IV



Zaklął pod nosem. Nawet nie zdążył się przestraszyć, tak go zaskoczyli. A przecież przeczucia dawały mu znaki od jakiegoś czasu. Powinien przewidzieć, spakować jak zawsze rodzinę,
dobytek i wiać, gdzie pieprz rośnie. Ale nie, żal tu zostawić było te łany zboża, tak wyrośnięte cudnie, tak ku ziemi się chylące pod ciężarem nasion. Ech, a teraz zostawić to musi. Na jak długo? Czy na zawsze może?

Chałupę przeszukali, papierów szukając. Czy aby nie uczony jaki. Nic nie znaleźli, psiajuchy niemyte. Dłonie kazali pokazać. A On ręce spracowane miał. Twarde, mocne, aż żyły na wierch wychodziły. Dłonie, które pracę kochały. I którym ta praca satysfakcję wielką dawała. Po latach wielu dowiedział się, że te dłonie życie mu uratowały...

Kazali mu się ubrać i na drogę zagonili. Obejrzał się aby na dom ukochany, i na nich, synów swoich. W oknach ich główki dojrzał, dwie upłakane istotki. Zawziął się wtedy strasznie. Wróci, choćby go sam diabeł ścigał, wróci do nich...

Na drodze pół wsi już stało. Tym razem samych mężczyzn zabrali. Stanął koło Józka z ciemną czupryną, przystojnego wielce. Z drugiej strony pot z czoła Henryś ocierał. Niski, krępy, dusza towarzystwa. Gorąc wielki panował, bo to lato w pełni. A ich do wagonów chcą poupychać. Kierunek Oświęcim. A On wespół z Józkiem i Heńkiem poszeptali coś między sobą. Pokiwali zgodnie głowami, ręce uścisnęli i pogwizdując z cicha melodyjkę brzmiącą podobnie jak piosenka "teraz jest wojna", godnie do owych wagonów powsiadali...

Pierwszy postój. W wagonach już zaduch, ale jeszcze luźno. Otwarli drzwi i kolejnych ludzi wtłoczyli, jak krowy do obory. Zatrzasnęli, aż huk się poniósł po peronie. Pociąg ruszył, powoli. Sprytni panowie trzej już z drugiej strony wagonu desek kilka podważyli. Aby tylko się przecisnąć przecież. Pociąg ciut przyspieszył, Henryś się przeżegnał, swoich pozdrowił  i przecisnął sie z trudem od razu skacząc do..rowu. Nie spojrzał ani w lewo, ani w prawo, ani do tyłu, tylko co sił w nogach biec począł, w stronę lasu widniejącego w oddali...

Po kolejnym postoju, w ten sam sposób, On uciekł. Skoczył, z sercem w gardle. Potoczył się do rowu, i od razu zrywając się na nogi, klucząc pobiegł do lasu. To szczęście miał, że lasami jechali. Kilka wystrzałów posłyszał za sobą. Na postrach strzelali, niech ich licho porwie...

Na kolejnym postoju Józek dał nogę. 
Jako jedyny z nich do domu wracał...drogą główną. Miast kryć się po lasach, i nocami wędrować.
Po kilku kilometrach został zatrzymany, przez patrol psiajuchów. Pobity do granic wytrzymałości. Wywieziony do obozu. Tym razem skutecznie. Tym razem ostatecznie...

A On jak obiecał, tak wrócił do synów swoich, choć jeszcze kilka tygodni ukrywali się z Heniem po stajniach i oborach, co by uwagi na siebie rychłej nie zwrócić.

Po dwóch tygodniach list przyszedł. Z wiadomością o śmierci. Józka. Tego z czarną czupryną. Przystojnego...

***
Jeśli opowieść Was zaciekawiła, poprzednie jej części możecie przeczytać tutaj:


9 komentarzy :

  1. Jak zawsze czytam i mam dreszcze. Dobrze, że jestes, że to spisujesz. :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przygody dziadka i babci ze strony ojca:)

      Usuń
  2. Oj muszę wrócić koniecznie do poprzednich opowieści... uwielbiam takie historie:)
    cudownego weekendu kochana i dziękuje za milutkie słowa u mnie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapraszam:) Ach i nie ma za co - uwielbiam Twój blog :))

      Usuń
  3. Miło sie czyta ,super historia.pozdrawiam i życzę miłego weekendu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nam się miło czyta, a on to przeżył. Bo to taka opowieść, a zdarzyła się naprawdę...wojna jest okrutna, a ubrana w słowa, juz taka nie jest...prawda?

      Usuń
  4. Tak samo jak uwielbiam słuchać o czasach wojennych tak samo tego NIENAWIDZĘ.
    Nienawidzę tego, że moja Babcia o wojnie opowiada niezwykle rzadko i najczęściej mi- nawet jej dzieci nie znały tych historii, które ja im przekazuję;
    Nienawidzę tego, że za każdym razem jak opowiada- płacze, a to ten typ człowieka, który wszystko bierze na sucho;
    Nienawidzę tego, że te wszystkie okrucieństwa widziała jako dziecko 8 czy 9letnie;
    Nienawidzę tego, że uciekała przez las dwa tygodnie ze starszym bratem i krową po ludzkich ciałach... Tego,że musiała się po nich wspinać, aby wejść na jakąś górę/ pagórek.
    Nienawidzę tego, że nie może zapomnieć tego widoku i zawsze mówi, że do końca życia będzie jej towarzyszył;
    Nienawidzę, jak rodzina twardo Babcię ocenia za to, jakim jest człowiekiem, a nie patrzą na to, co ją ukształtowało i co sprawiło, że jest taka, a nie inna.
    Nie wiem też jakim prawem narzekamy na nasze czasy. I te zdjęcia, które dodałaś- z kominkiem, ciepłem rodzinnym, córeczką- skąd bije spokój i bezpieczeństwo ROZKLEIŁY mnie do granic. To tak różne światy, jakby wieku minęły, a to zaledwie 70 lat.
    Dziękuję.. Musimy pamiętać, musimy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. DZiękuję za te słowa. pokaże je rodzicom moim. moja mama miała lat 2 i pamięta do dziś jak przekraczała Odrę a cała rzeka usiana była ludźmi..martwymi. Mówi, ze nie da się zapomnieć takiego widoku...Mój tato też pamięta wszystko. Jak na razie o jego rodzinie są te opowieści.
      I wiem, że zyjemy w "lepszych " czasach - tylko ostatnie wydarzenia sprawiły - że chyba nie wielu ludzi o tym pamięta. i zamiast dziękować za to życie w spokoju, nienawiść szerzą.
      Pozdrów Babcię, i wyściskaj ją ode mnie i od tych, którzy też, tak jak ona, okrucieństwa wojny pamiętają. Świadomość, ze nie jest sie samym z tą przeszłościa moze jej ulży.

      Usuń

Dziękuję za wizytę , a zwłaszcza za poświęcenie kilku minut na przeczytanie moich bzdur ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...